Ralacja jest tłumaczeniem ze strony Helmuta Pilhara.

 
10.03.2009
Moją relację ująłem szczegółowo, aby czytelnik mógł sobie lepiej wyobrazić całą sytuację.
 
Zdarzyło się to 12.12.2002 roku: moja żona zakomunikowała mi, że zaczyna bardziej dbać o swoją linię, ponieważ zauważyła, że robi się pomału „puszysta”.
Dowiedziałem się przy tej okazji, że ma również problemy z menstruacją, bo krwawienia są słabe i występują nieregularnie. W trakcie naszej rozmowy przyszło nam do głowy, że może jest w ciąży. Następnego dnia miała zrobić test sprawdzający. Następnego dnia nasze przypuszczenia się sprawdziły. Test wykazał, że żona jest w ciąży.
Mieliśmy dwoje dzieci i również dla trzeciego dziecka miejsce w domu. W weekend, w nocy,  żona dostała silnego krwotoku. Postanowiliśmy, że na wszelki wypadek w poniedziałek uda się do lekarki ginekologa, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
Po badaniu otrzymaliśmy zwalającą z nóg diagnozę: moja żona nie jest w ciąży, tylko ma tak zwany zaśniad groniasty (łac. mola hydatidosa, hydatis – kropla wody),który rośnie w jej macicy bardzo szybko. Według lekarki nie jest to nic złośliwego, ale może „eksplodować”  i doprowadzić do przerzutów w płucach i w nerkach. Z tego powodu natychmiast posłała moją żonę do radiologa oraz zorganizowała dla niej termin następnego dnia w szpitalu, ponieważ według niej nie można było tutaj czekać dłużej ani minuty. Moja - całkowicie zrozpaczona żona - zadzwoniła do mnie i płacząc w słuchawkę doniosła mi o wszystkich tych „faktach”. Starałem się ją przez telefon uspokoić, tłumacząc że wszystko najpierw wyjaśnimy przez pryzmat Germańskiej Nowej Medycyny (znaliśmy ją już jakiś czas). Powiedziałem jej, że zaraz przyjdę do domu i wcześniej wyszedłem z pracy.
Po przyjściu do domu zastałem żonę w trochę lepszym nastroju. Radiolog nie znalazł w płucach żadnych zmian (to logiczne).
Ponieważ nie znałem Germańskiej bardzo dobrze, natychmiast skontaktowałem się ze znajomymi, którzy byli bardziej biegli w tej wiedzy,  a wieczorem zadzwoniłem do doktora Hamera. Powiedziałem mu, że znam trochę Germańską, ale chciałbym wiedzieć, jak mamy się dalej zachować.
Odpowiedź doktora Hamera: nie może się nic „złego” stać i jeżeli żona zaczęła teraz mocno krwawić, to w najbliższych dniach sprawa powinna być zakończona: „Którędy krew ma wchodzić? Tylko tą drogą!” Jego zdaniem nie powinniśmy teraz niczego robić. Na moje pytanie odnośnie łyżeczkowania odpowiedział, że możnaby to zrobić, ale że taki zabieg nie jest konieczny. Dodał, że po upływie kilku miesięcy powinniśmy jeszcze raz spróbować, żeby żona zaszła w ciążę, gdyż potem wszystko na pewno samo się unormuje.  
Dr Hamer nie wytłumaczył mi tego dokładniej, dlatego nie bardzo wszystko zrozumiałem. Nie chciałem jednak "kraść" mu za długo jego drogocennego czasu. Potem doktor jeszcze chwilę rozmawiał z moją żoną, wytłumaczył jej jeszcze kilka rzeczy i wzmocnił ją bardzo psychicznie.  Tylko ta rozmowa dała nam przekonanie, że jesteśmy w stanie wszystko „przetrwać”.
 
Następnego dnia przeprowadziłem jeszcze parę innych rozmów telefonicznych. Było jasne, że ten zaśniad groniasty, któregoś dnia całkowicie "wyjdzie". Nikt nie potrafił jednak powiedzieć kiedy i w jaki dokładnie sposób. Jeżeli zdarzy  się to kiedyś niespodziewanie poza domem, to isnieje wysokie prawdopodobieństwo wystąpienia konfliktu „oszpecenia”. Z tego powodu zdecydowaliśmy wyłyżeczkować macicę, nie korzystając jednak z żadnych z innych propozycji ze strony medycyny akademickiej.
Pojechaliśmy do szpitala, gdzie już nas oczekiwano. Natychmiast chciano umieścić żonę na oddziale. Ja byłem innego zdania; przede wszystkich chodziło nam o zrobienie badań. Szpital odmówił jednak ambulatoryjnej pomocy. Takie badania są tylko wówczas możliwe, jeżeli żona zgodzi się na pobyt w szpitalu. Trochę zdziwieni przystaliśmy na tę propozycję. Załatwiliśmy formalności i udaliśmy się do jej pokoju na oddział. Krótko potem zostaliśmy wezwani do badania. Jak siostra wywołała moją żonę, to również ja wstałem i chciałem pójść razem z nią, ale zabroniono mi. A więc usiadłem i zacząłem analizować sytuację. Zupełnie nie mogłem zrozumieć, dlaczego nie wolno mi być obecnym podczas badania...   po chwili poczułem, że moja żona mnie bardzo potrzebuje i zapukałem do drzwi. Siostra, która je otworzyła zbyła mnie tłumacząc, że muszę jeszcze trochę poczekać. Po zamknięciu przez nią drzwi zapukałem ponownie i ze stanowczością w głosie domagałem się wpuszczenia mnie do sali, w którym przeprowadzano badanie. Bardzo niechętnie przystano na moją prośbę.
W pokoju leżała moja żona na „samolocie” a wokół niej słało dwóch lekarzy i jedna siostra. Wszyscy z poważnymi minami. Stanąłem sobie obok tak, żeby żona mnie widziała. Lekarz oddziałowy wytłumaczył mi, że żona ma jednoznaczny zaśniad groniasty, co zdarza się bardzo, bardzo rzadko. Przy okazji chwalił swoją koleżankę po fachu, u któraj była moja żona, za tak dokładną diagnozę. Dodał, że nieleczony zaśniad prowadzi „nieuchylnie” do śmierci i że poziom hormonu ciążowego u mojej żony jest bardzo wysoki. Jednak nie musimy się obawiać, gdyż znajdujemy się w bardzo dobrych rękach i że zrobią wszystko, co tylko możliwe.
Ponieważ wiedział, że mamy dwójkę dzieci, był zdania, że planowanie rodziny zostało zakończone i zaproponował następujące leczenie:
  • operacja, a więc usunięcie macicy
  • natychmiastowe rozpoczęcie lekkiej chemioterapii (przy czym ten rodzaj leczenia tak zbagatelizował, jakgdyby chodziło tu o podanie spreju na katar i jak gdyby było to zupełnie niebezpieczne i nieproblematyczne –  i że moja żona nawet nie straci włosów)
  • potem regularne badania w szpitalu albo u ginekologa i radiologa
Zapytałem, czy można macicę tylko wyłyżeczkować? Ponieważ wyrażenie oczekiwał od nas  zgody na jego propozycję, moje pytanie co nieco go zdziwiło, ale dostałem odpowiedź. Twierdził, że w przypadku mojej żony nie jest to do zastosowania, ponieważ w tym miejscu, gdzie znajduje się narośl, ściana macicy jest dużo cieńsza i istnieje duże niebezpieczeństwo przedziurawienia jej. Istnieje jednak możliwość wyssania macicy i do tego dodatkowo chemioterapia. Tylko wyssanie nie jest tak skuteczne jak operacja w powiązaniu z chemioterapią, ponieważ wystarczy już tylko jedna jedyna niewyssana komórka zaśniadu, żeby narośl dalej rosła.
Spojrzałem na żonę i odpowiedziałem, że nie akceptujemy ani operacji, ani chemioterapii. Jeżeli można wyssać narośl, to nam to wystarczy. Widać było,że moja odpowiedź  zszokowała lekarza,  był pewny naszej zgody. Zwrócił się  więc do mojej żony, w nadziei, że dostanie od niej inną odpowiedź, w końcu chodziło tu o jej życie. Przy tym jeszcze raz podkreślił, że jest matką dwojga dzieci i dzieci jej  potrzebują. Moja żona jednak potwierdziła tylko moją decyzję.
Jestem na 100% pewny, że gdyby była sama, to trudno byłoby jej się oprzeć takiemiu naciskowi lekarzy.   
Wróciliśmy do pokoju. Aby ochronić żonę przed podobnymi „atakami”, zdecydowałem następne dni spędzić razem z nią w szpitalu, więc wziąłem wolne.
Godzinę później przyszedł lekarz oddziałowy i próbował ponownie wcząć rozmowę: powiedział, że jeszcze raz rozmawiał z lekarzem naczelnym i ten jest zdania, że powinna być podawana również chemioterapia. Niebezpieczeństwo powrotu choroby jest dużo większe po wyssaniu, jak po opreacji. Z tego tylko powodu nasza odmowa chemioterapii jest po prostu nieodpowiedzialna i lekkoduszna. Jeżeli moja żona zaakceptuje propozycję lekarzy, to ma szansę wyjść z tego bez jakichkolwiek komplikacji. W miły sposób odmówiliśmy a ja zarządałem od niego obietnicy, że poza wyssaniem nieczego więcej nie będą robić. Widać było, że jest bardzo zdenerwowany, ale przystał na moją prośbę, po czym opuścił pokój.
Ponieważ miałem do załatwienia jeszcze parę spraw organizacyjnych w związku z pozostawieniem naszych dzieci pod opieką (przedszkole, szkoła, jedzenie itd...) nie było mnie w szpitalu dwa razy po godzinie. Może to przypadek, ale właśnie w tym czasie jak nie było mnie przy żonie, odwiedzał ją lekarz i starał się ją skłonić  do zmiany decyzji.
Po zakończeniu wszystkich badań bardzo niechętnie podpisaliśmy dokument – bez którego żaden szpital nie przeprowadzi żadnego zabiegu. Oświadczenie to zawierało punkt, z którego wynikało, że w sytuacji wyjątkowej lekarze mogą decydować, a więc w przypadku mojej żony, również usunąć macicę. Niektóre zdania dotyczące między innymi pobrania tkanki do badań patohistologicznych wykreśliłem i oznakowałem te zmiany na tym oświadczeniu podpisem oraz datą. Po tym odwieziono moją żonę  na zabieg.  Na szczęście zabieg przebieg bez komplikacji i tak, jak uzgodniliśmy.  

Dwa dni później żona wróciła do domu. Krótko po tym zmieniła swojego ginekologa. Obecny lekarz jest przyjaźnie nastawiony do naturalnych metod. W odróżnieniu od poprzedniego nie jest zatwardziałym przedstawicielem medycyny akademickiej. W międzyczasie dowiedziałem się, że lekarz ten miał już kontakt z Germańską, ale nie wiem jak dalece stosuje tę wiedzę w swojej praktyce.
 
Po jakimś czasie poziom hormonów ciążowych opadł, po czym osiągnął normalną wartość. Dla nas sprawa jest załatwiona. Dzisiaj  nie boimy się, że zaśniad może powrócić, ponieważ zrozumieliśmy mechanizm jego powstania.
Z biegiem czasu zaczęliśmy się głębiej zajmować Germańską  i zdobyliśmy pewność, którą potrzebuje każdy pacjent przejmujący w swoje ręce odpowiedzielność za swoje zdrowie.

Co działo się od tego momentu do dzisiaj?
Wydarzenia, które nastąpiły po podjęciu decyzji prowadzenia życia zgodnie z Germańską:
Dr Hamer doradził nam następne dziecko. W październiku 2003 roku moja żona zaszła ponownie w ciążę i urodziła w lipcu zdrowego syna. Wyposażeni w wiedzę Germańską zrezygnowyliśmy z wielu badań, które przeprowadza szpital (np.pobieranie krwi) i do dzisiaj nie szczepiliśmy naszego dziecka. Synek jest dobrze rozwiniętym, zdrowym, posiadającym pra-ufność dzieckiem.
 
Ciekawe są różne intrepretacje zaśniadu:
Z punktu widzenia medycyny akademickiej:
"Zaśniad polega na rozroście (nieprawidłowa budowa) kosmków placenty. Fakultatawna prekarcenoza kosmówki. Przyczyną jest nieprawidłowe zagnieżdżenie komórki z patologiczną  proliferacja (fr. prolifération od proliférer ‘mnożyć się przez proliferację’ z łac. proles, prolis ‘potomek, potomstwo’ + ferre ‘nieść’) - silne rozrastanie się czegoś, gwałtowny rozwój, rozmnażanie się, bujny rozrost, rozprzestrzenianie się, odradzanie się, możliwość odnawiania się np. komórek różnej populacji ) trofoblastu (to warstwa komórek zewnętrznych błony płodowej (kosmówki), wyodrębniająca się u ssaków we wczesnym stadium rozwojowym zarodka, odpowiedzialna za tworzenie się łożyska oraz transportowane przez nie substancje odżywcze. Trofoblast tworzy początkowo litą warstwę, a następnie różnicuje się na wewnętrzny cytotrofoblast i zewnętrzny syncytiotrofoblast. Etymologia: Nazwa trofoblast pochodzi z gr. trophé - pokarm i blastós - kiełek, zarodek. Zobacz też: blastocysta, blastula.)    * proliferacja - w biologii oznacza mnożenie się komórek
Zaśniad groniasty jest najczęstszą chorobą rozrostową dotycząca kobiet ciężarnych. Jest to zespół zmian patologicznych łożyska (trofoblastu), polegający na rozroście (nieprawidłowa budowa) kosmków, co utrudnia (zaśniad częściowy -
możliwy płód) lub uniemożliwia (zaśniad całkowity - brak płodu) wymianę
pomiędzy matką, a płodem."
 
A co mówi lekarz- homeopata:
W tym czasie konsultowałem lekarza-homeopatę, który po skończeniu studiów zaczął praktykować w tym kierunku i do „chorób” ma naturalny stosunek. Rozmawiałem z nim na temat zaśniadu i Germańskiej. Podczas rozmowy usłyszałem osobliwe rzeczy.
Jak odwiedziłem go ponownie po powrocie mojej żony ze szpitala (rozmawiałem z nim przez telefon co tydzień) spytał mnie o diagnozę. Jak mu powiedziałem, że stwierdzony został zaśniad groniasty, skomentował to krótkim „acha”. Brzmiało to, jak gdyby chciał powiedzieć: „to nic takiego”. Zapytałem go, co medycyna mówi na temat tej „choroby”. Powiedział mi, że  w języku medycznym nazywa się to również windei (w tłumaczeniu polskim możnaby powiedzieć: wietrzne jajo) i że jest to coś zupełnie niegroźnego. Jak powiedziałem mu, co przedstawiciele medycyny akademickiej chcieli mojej żonie zrobić, nie mógł tego zrozumieć. Przyniósł mi książkę, w której zawarty był opis zaśniadu groniastego. Zapewnił mnie, że proponowany mojej żonie rodzaj terapii jest dla niego całkowicie niezrozumiały. Tym bardziej, że zaśniad nigdy nie był łączony z żadną chorobą nowotworową, a już zupełnie nie z chemioterapią.  
Jego zdaniem chodziło tu o niezapłodnione jajo, albo jajo z defektem, które zagnieździło się przez pomyłkę i zapoczątkowało ciążę. Jajo później  obumarło, a reszta zachowywała się początkowo jak normalna ciąża. Po jakimś czasie organizm pozbywa się takiej „nieudanej ciąży” sam.
Jego komentarz do Germańskiej:
Zna trochę Germańskiej, ale jest lekarzem praktykującym w małej miejscowości i nie ma dzieci. Gdyby dzisiaj „leczył” pacjentów według Germańskiej, to po pierwsze działałby niezgodnie z obowiązującymi wskazaniami medycyny akademickiej, co oznaczałoby dla niego utratę źródła egzystencji, a po drugie, przy wielu sukcesach ,wcześniej czy później jednak jakiś pacjent by umarł. On nie może sobie pozwolić na to, żeby robić z siebie męczennikia. Już z  powodu, że przepisuje globuli (środki homeopatyczne) porusza się na bardzo niepewnym terenie, ponieważ przy różnych chorobach medycyna akademicka każe podawać antybiotyki i jest przeciwna kuleczkom homeopatycznym.

Dla mnie sprawa jest jasna. Medycyna akademicka jest dobrze funkcjonującym systemem, który przez dziesiątki lat jeszcze się umocnił i większość lekarzy z różnych powodów nie jest w stanie się jej sprzeciwstawić, względnie nie wolno im się jej sprzeciwstawić. 
Wynik rozważań:Gdyby doktor Hamer nie odkrył praw natury ujmując je pod nazwą Germańska Nowa Medycyna i gdybyśmy w porę tęj wiedzy nie znali, to nie mielibyśmy dzisiaj trzeciego dziecka, a może nawet zdarzyłoby się jeszcze coś takiego: 
Prawdopodobnie moja żona już by nie żyła, gdyż sama w wieku nastolatka straciła swoją matkę z powodu raka. Jej reakcja na postawioną diagnozę byłaby dużo silniejsza. Najprawdopodobniej doszło by do powstania różnych konfliktów w następstwie, które w medycynie akademickiej nazywane są przerzutami:
  1. Rak płuc = konflikt „strach przed śmiercią”
  2. Zanik kości = (konflikt SWE) konflikt z powodu utraty włanej wartości (nie jestem pełnowartościową kobietą)
  3. Białaczka = gdyby udało jej się zakończyć aktywność konfliktu "utraty własnej wartości" (SWE = SelbstWertEinbruch)
  4. Różne inne konflikty, które ja bym przeżył jako jej partner
Gdyby udało jej się przeżyć, to możliwa byłaby następująca obcja:
  • Moja żona przestałaby być biologicznie kobietą, a przynajmnie mogłaby się tak czuć jako kobieta bez macicy. Zadania, które spełnia macica, nie byłyby spełnione. Znam kobiety, które przeszły takie operacje i większość z nich cierpi jakiś czas na depresję. (Stan depresyjno-maniakalny; raz bardzo dobry humor i pełna aktywność, a innym razem całkowite przygaszenie i widzenie wszystkiego w czarnych kolorach).
  • Moja żona byłaby już po kilku seriach chemioterapii, po leczeniu, które w żadnym wypadku nie jest nieszkodliwe  tylko wysoce toksyczne (a to starają się nam lekarze wmówić). Działanie uboczne i ich skutki oraz występujące w późniejszym okresie szkody towarzyszyłyby mojej żonie do końca życia.
  • Moja żona musiałaby regularnie chodzić  na badania radiologiczne i ginekologiczne i przed każdym terminem przeżywałaby stany silnego lęku. Byłaby odpowiednio zaklasyfikowana i przy każdnej najdrobniejszej symptomatyce byłaby jeszcze dokładniej badana. Odstępy pomiędzy badaniami mającymi wykazać raka we wcześniejszym okresie rozwoju (cancer check-up) byłyby coraz krótsze (moja żona ich nie robi!) a każda „odchyłka”, czy złe samopoczucie (które u osób bez diagnozy traktuje się jako bagatelę) u niej  najprawdopodobniej prowadziłyby do następnych badań. Kto zna metody pracy medycyny akademickiej, wie o czym mówię.
Każdy, kto dostanie w ręce ten list, może go przeczytać albo nie. Może zająć się poznawaniem Germańskiej Nowej Medycyny, albo nie. Może żyć według zawartej w niej wiedzy, albo nie. Ale na pewno, gdyby moja żona miała objawy, które również według wiedzy Germańskiej wymagałyby operacji, czy pomocy klinicznej lekarzy, to miałaby problem, ponieważ nie ma w Niemczech żadnej kliniki, w której operowano by i „leczono” według praw znanych nam z Germańskiej.
A to musimy osiągnąć! Żeby każdy, kto chce iść drogą Germańskiej, miał taką możliwość.

W tym nastoju chcielibyśmy serdecznie podziękować doktorowi Hamerowi i rodzinie Pilhar za ich ogromne zaangażowanie.

Serdecznie pozdrawiam
R.
 ***

Komentarz

Dokładnie! Żeby móc praktykować Germańską, potrzebujemy klinikę! Aby mogła powstać klinika, Germańska musi być uznana i zlegalizowana. Istniejący dzisiaj jeszcze państwowy bojkot przeciwko prawdzie nauki przyrodniczej jest wysoce kryminalną rzeczą. Niedługo ten mur padnie, lud się podniesie i pociągnie do odpowiedzialności swoich dręczycieli.

Po przetłumaczeniu powyższego tekstu skontaktowałam się z doktorem Hamerem, żeby się upewnić, czy możemy ten przypadek potraktować również według Praw Germańskiej. Dowiedziałam się, że dla powyższego przypadku jeszcze nie znamy zależności psycho-biologicznych w postaci konflitu biologicznego. Dr Hamer twierdzi, że tzw. zaśniad powstaje z powodu czegoś w rodzaju naturalnego abbortu... z jakichś nieznanych nam jeszcze powodów jajo obumiera.  Po jakimś czasie organizm pozbywa się pustego pęczerzyka (w którym normalnie znajduje się zarodek).

germańska dotyczy

okresu życia od momentu zapłodnionego jaja i kończy się ze śmiercią osobnika. Nie zajmuje się tym, co było przed poczęciem ani co będzie po jego śmierci. Dr Hamer nie wypowiada się na ten temat. Ogranicza się do tego, co może udowodnić. Jeżeli szukacie biologicznego konfliktu, to zawsze takiego, który wydarzył się w tym życiu!

uczymy się dla siebie

Program Kształcenia w Germańskiej Heilkunde przeznaczony jest dla osób spoza działalności terapeutycznej.
Naszą grupą docelową jest komórka rodzinna.
Włączanie Germańskiej w jakąkolwiek alternatywną tzw. terapię, prowadzoną przez absolwentów naszego Programu Edukacyjnego powoduje wyłączenie z naszej społeczności Germańskiej oraz zablokowanie dostępu do naszego portalu.

nic ci nie dolega?

Tym lepiej!!
Zacznij naukę już teraz!
Tylko w porę zdobyta wiedza umożliwia świadome korzystanie z
Germańskiej Heilkunde.
Jak zostaniesz postawiony przed groźnie brzmiącą diagnozą, będzie Ci ciężko zacząć się uczyć...
1998-2020 Germanische Heilkunde
VIVA LA MEDICINA SAGRADA!
© ® Dr.med. Mag.theol. Ryke Geerd Hamer


Your IP: 34.207.247.69
Zaloguj się
Proszę czekać, autoryzuję ...
×
17 ip check